ONKOMARSZ 2025 – trasa 26
Przez pół roku powtarzałam, że nie pójdę więcej.
Że to nie dla mnie. Że raz wystarczy.
A potem dziewczyny zaczęły się skrzykiwać i ustalać, która trasa i bez mrugnięcia okiem, znów się zapisałam. ![]()
I tak zostałam uczestniczką ONKOMARSZu 2025.
Tym razem wybrałyśmy TRASĘ 26 – Kotlinę Kłodzka.
Grupy onkomarszowe same organizują sobie logistykę.
Nie przemyślałyśmy tego, że przedsiębiorcy z Kotliny, zwłaszcza ci zajmujący się turystyką, dostali mocno po kieszeni po powodzi ‘24. Że Kotlina wciąż się nie podniosła. Że straty ponieśli nawet ci, których realnie powódź nie dotknęła, ale jednak przestraszeni turyści zaczęli omijać Kotlinę, także te nienaruszone przez wodę pensjonaty i schroniska.
Trudno było prosić o kolejną przysługę i nocowanie onkomarszowiczek.
A jednak się udało!
Czasem za pół ceny, czasem całkowicie za darmo, zdobyłyśmy 7 noclegów.
Trasa od Boguszowa koło Stronia Śląskiego, po Kudowę Zdrój. Ponad 130 kilometrów nogach, na przełomie czerwca i lipca 2025.

Serce pełne wspomnień, w głowie flesze z zabawnych sytuacji i migawki widoków. Telefon wypełniony zdjęciami a na nich uśmiechnięte od ucha do ucha twarze w różnych konfiguracjach: solo, w duetach, po trzy, kwartety i cała dziesiątka razem. Pomiędzy wyszczerzonymi selfiakami, widokówki ze szczytów i uroczych uzdrowisk …
Pogoda nas dopieściła, momentami aż za bardzo: słońce i żar w nieba.
Trasy malownicze, czasem ostro pod górę, lub jeszcze ostrzej w dół. A czasem całkiem płasko, kiedy można było spokojnie gadać na każdy możliwy temat jak przyszedł Ci do głowy.
Rano dopytywałyśmy, którędy idzie trasa: sprawdzałyśmy na mapach poziomice i zalesienie, po raz kolejny nabierałyśmy się na: „będzie płasko przez las”. Teraz to już sama nie wiem czy ściemniała Biolisia czy te mapy jakieś takie…

No bo jak to wyjaśnić: szlak wiedzie niby przez las, ale gdy tam docierasz to się okazuje, że to jest coś na kształt mojżeszowego rozstąpienia lasu: na lewo las, na prawo las a środkiem… nie płynie ani Wisła, ani najmniejszy strumyczek, tylko droga wysypana białym żwirem, który odbijając blask oślepiającego słońca – wypala Ci oczy! I totalnie to sobie wyobrażam, jak ci biedni ludzie szli przez całą pustynię, i zobaczyli morze i zamarzyli aby umoczyć w nim stopy, a nawet całych siebie, obmyć z piachu, kurzu i ochłodzić, a tu Mojżesz stuka laską i dadau – morze się rozstępuje i znów piach jak gigantyczna plaża i zasuwasz dalej.
Sapiemy i szuramy środkiem zlane potem.
No, gdyby nie te wszystkie lody po drodze, to ja nie wiem jakbym tam dała radę. ![]()
![]()
Większych przygód nie było, poza atrakcją wyniesioną z Schroniska na Śnieżniku.
Nocowałyśmy tam po pierwszym dniu wędrówki. Samo schronisko nie zmieniło się za wiele od czasu gdy byłam tam po raz pierwszy jakieś 45 lat temu. I to akurat nie jest za bardzo komplement no ale ja jestem sentymentalna, i ta mroczna sala jadalniana zaklęta w czasie, stojąca linoleum i nadgryzioną zębem czasu boazerią, nieco mnie wzruszyła.
Widoki są na szczęście ponadczasowe i po zachwycającym zachodzie słońca i całej sesji zdjęciowej w oknie – w którym KAŻDA z nas musiała sobie strzelić romantyczną fotę o złotej godzinie, gdy nasze brzuszki były pełen naleśników z jagodami i szarlotki z polewą jagodową ( zaprawdę powiadam wam: warto wgramolić się na szczyt tylko dla tej szarlotki!) – zapadłyśmy w zasłużony sen.

Ja niezbyt długi, bo najpierw długo chichrałam się z Anią, która spała na pryczy pode mną, a w nocy miałam niejasne poczucie, że interakcja między nami trwa nadal w myśl sentencji: „ty coś w sobie masz i to coś na mnie przełazi”.
No wiec to coś z pryczy Ani, przeniosło się na moją i okazało się bardzo towarzyską rodzinką pluskiew. A może nawet nie rodzinką a całym rodzinnym klanem. Nie wiem co tam opowiadały całą noc ale podjadły sobie naprawdę zacnie, o czym dowiedziałam się rano, zliczając bąble na ciele. Gospodarze schroniska nie przejęli się za bardzo naszą informacją o waletujących na dziko gościach dokwaterowanych do naszego pokoju, którzy chodzili sobie spokojnie po ścianie, przez nikogo nie niepokojone.
Okrutnie swędzące bąble po pluskwach wyłażą do 48 godzin , a ja i Ania jesteśmy tego żywym i swędzącym przykładem.
Nasze pluskwiane fizys zmieniało się przez koleje dwa dni, sięgając od czubka głowy do palców u stóp /sic!/ a swędzenie dało nam popalić przez cały tydzień. Teraz, trzy tygodnie po tamtej przygodzie, ślady po ugryzieniach wyglądają jak siniaki w efekcie czego wyglądamy obie jak ofiary przemocy domowej. Obie jesteśmy walnięte, miałyśmy więc też oczywiście z tego dużo śmiechu i żartów dość niewybrednych oraz fantazji inspirowanych Facetami w czerni – ale ogólnie rzecz biorąc no to jeśli chodzi o Schronisko pod Śnieżnikiem: szarlotka – tak, noclegi – nie. ![]()
Przykro mi to trochę pisać, bo akurat z tym schroniskiem mam same dobrze wspomnienia z wczesnej młodości, jak i z leżącym u stóp Śnieżnika – Międzygórzem. To miasteczko nazywane Małą Szwajcarią, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Tym razem ugościło nas pysznymi deserami w Kawiarni Marianna, zaliczyłyśmy obowiązkową fotkę nad Wodospadem i pińcest schodków wyżej, poszłyśmy odwiedzić Marię Śnieżną. Schronisko na górze, było tak piękne ukwiecone, że OCZYWIŚCIE trzeba było urządzić sobie kolejną sesję w kwiatach ![]()

Jeśli zaczynacie się zastanawiać czy głównym celem tegorocznego onkomarszu było stworzenie indywidualnych portfolio z portretami w najpiękniejszych okolicznościach przyrody, no to cóż…
być może… ![]()
Choć Ania zdradziła mi w sekrecie, ze według jednej z influenserek, istnieją trzy sposoby spowolnienia wyprawy, kiedy zaczynasz robić bokami a niekoniecznie chcesz się przyznać, ze już wysiadłaś, choć jeszcze nawet nie zaczęłyście wchodzić pod górę ![]()
Otóż: zawsze można:
a/ zawiązać buta
b/ zarządzić postój na wspólną fotę (a w przypadku 10 maszerowiczek to zaaaawsze trwa w nieskończoność
)
c/ zgłosić konieczność popsikania się anty-kleszczowym preparatem
Wszystko przetestowane – i działa ![]()
a Wy nie dziękujcie ![]()
![]()
Z Iglicznej zbiegłyśmy dosłownie z górki na pazurki, (na szczęście nie na twarz, a i pazurki udało się dowieźć całe) i doszłyśmy do Marianówki i bazy Baza Obozowo-Biwakowa Marianówka.
Tu czekała nas gościna jakich mało: nocleg na piętrowych łóżkach, obiad ze wspólnego, harcerskiego kotła. Gdy nalewałam do kubka słodką herbatę w gara, uroniłam łzę wzruszenia, wspominając wszystkie harcerskie obozy kiedy taka herbata ratowała nam życie w czasach przed-wszech-obecnym-plastikowo-gazowanym-szajsem. Harcerskie przyśpiewki do obiadu też brzmiały znajomo i dodały kolorytu.
To jest świetny moment aby przejść do polecajek, bo odwiedziłyśmy naprawdę piękne miejsca i warto aby wiedza o nich poszła w szeroki świat!
Baza Obozowo-Biwakowa Marianówka ma możliwość zakwaterowania 34 osób w pokojach z łóżkami piętrowymi oraz 6 osób w „mieszkaniu” z aneksem kuchennym i łazienką. A jak macie NAPRAWDĘ DUŻĄ EKIPĘ do przekimania to posiadają także pole namiotowe o wielkości 1,5 ha daje możliwość rozbicia obozu dla 160 harcerzy.
Całym interesem zarządzają przemili Ludzie, którym ogromnie DZIĘKUJĘ za okazane serce, i gościnę ![]()
![]()
![]()
Z Harcówki pomaszerowałyśmy do Schronisko PTTK Jagodna . Całą drogę napalałam się na główną atrakcję kulinarną tego programu: racuchy z jagodami. Niebo w gębie! ale wszystko inne, gzik, i kotlet, i śniadaniowy twarożek – wszystko warte grzechu! I jak ktoś nie ma siły się wgramolić szlakiem, to może jak panisko podjechać swoim maybachem i zjeść obiad bez wcześniejszego upocenia i wyzionięcia ducha na szlaku. Choć taka reanimacja racuchowa to zaprawdę powiem Wam godna zmartwychwstania przyjemność. W schronisku przytulne pokoje, znów z widokiem na zachód słońca, cicho i pięknie. Gospodarze serdeczni i chętni do rozmowy, porcje wyjeżdżają z kuchni okraszone swojskim, donośnym „Herbata dla Agi!” lub „Racuchy dla Heńka!” I wtedy rozumiesz, że „spersonalizowane kubeczki” ze Starbucksa są zaledwie żałosną namiastką prawdziwej relacji kuchnia-klient… ![]()
Szefostwu Jagodnej jesteśmy PRZEOGROMNIE WDZIĘCZNE ![]()
![]()
za gościnę i ciepłe słowo, a schronisko polecam na prawo i lewo, i do spania (bo przytulne, czyściutkie, piękne i z klimatem) i do jedzenia (ale to najlepiej zajść, zjeść, wgramolić się na Jagodną (985 m n.p.m) aby zdobyć kolejny szczyt Korony Gór Polski i spalić racuchy i zrobić miejsce na następne, a potem z pełnym brzuszkiem przekimać w schronisku i znów zjeść! (na przykład najlepszy na świecie twarożek albo gzik – ale gzika chyba nie podają na śniadanie, więc, no cóż, chyba trzeba będzie zostać do obiadu
) Totalnie widzę to jako pomysł na najlepszy weekend ever – nawet jeśli nie jesteście Kubusiem Puchatkiem, dla którego sensem życia jest regularne wypełnianie swojego brzuszka i nie lubicie chodzić po górach, to po prostu poczytacie sobie na ławeczce przed schroniskiem i wrócicie jak tylko w Waszym żołądku zrobi się odrobina miejsca na kolejnego racucha
)

Z Jagodnej podreptałyśmy do Polanicy Zdrój. Przeszłyśmy ją wzdłuż w 300stopniowym skwarze i już nigdy nie ważę się powiedzieć, że to „małe miasteczko”. Życie uratowała nam uczta w Restauracji Palmowej. Nieoczywista lokalizacja – tuż obok Parku Wodnego, więc widok na wodę i taplające się dzieci. Akurat był to ciekawy widok, bo część zbiornika wykorzystano na wielki, dmuchany tor przeszkód – i myślę, że jest to świetna zabawa, nawet dla takich boomersów jak ja. Byłyśmy jednak zbyt nieżywe aby spróbować tej rozrywki, zjadłyśmy przepyszne jedzonko i powlokłyśmy się do swoich hoteli.
Nie byle jakich, bo cześć ekipy ugościł Hotel SPA dr Irena Eris, a drugą: Hotel Alpejski. Ogrom wdzięczności dla obydwu hoteli za hojność i gościnę! Stópki wymasowane biczami wodnymi i sesja w jacuzzi, przepyszne śniadania – chwila luksusu, która postawiła nas na nogi, a kondycja była potrzebna bo na zdobycie czekał kolejny szczyt!
Aczkolwiek, już w połowie trasy, rozpuszczając się w upale, znów opadłyśmy z sił. Matka Góralka zastosowała zgoła machiaweliczną sztuczkę, wyciągając zza pazuchy telefon i odczytując na głos menu schroniska pod Muflonem, do którego zdążałyśmy. Niestety menu miało poważne ograniczenie: kuchnię zamykano o 17! No lepszego pomysłu na podniesienie morale nie wymóżdżyłby sam pomalowany na niebiesko Mel Gibson! Trzeba było nas zobaczyć jak chyżo popędziłyśmy w górę!
Warto było, bo Schronisko górskie PTTK Pod Muflonem ugościło nas zacnie i przepysznie!

Tu też powróciły wspomnienia młodzieńczych wędrówek. Schronisko jest przepiękne, klimatyczne, pełne wizualnych smaczków w wystroju. Kameralny koncert solo i chłopak z gitarą – który nie byłby parą dla żadnej z nas z racji wieku
ale i tak bardzo serdecznie pozdrawiamy Pawła
a śpiewająca poezja i trochę opowieści o lokalnych wyzwaniach było przemiłe, klimatu dodały latające pomiędzy nami świetliki, których nie widziałam od lat. Piękny wieczór i jeszcze piękniejsze poranek, za sprawą przepysznego śniadania i… deseru: smażonych lodów w panierce! Taka ciekawostka i atrakcja kulinarna muflonowej kuchni.
Muflon wciąż się remontuje (ale remontu nie widać i nie przeszkadza
łazienki i pokoje czyste i elegancko minimalistyczne, wystrój całego schroniska rustykalny, przytulny, swojski. Właśnie otworzyli pokoje z własnymi łazienkami, dla bardziej wymagających, ale ogólny klimat schroniska pozostał absolutnie nienaruszony. Bardzo, bardzo polecam! ![]()
Z Muflona sturlałyśmy się do Dusznik Zdroju, które też wyglądają znacznie lepiej niż 10 lat gdy widziałam je po raz ostatni. Tor dla rolkarzy mnie zachwycił i kapitalny plac zabaw dla dzieci.
Piękną widokową drogą dotarłyśmy do Kudowy Zdrój , gdzie mieściła się meta naszej eskapady. Po drodze dzikie czereśnie, dzikie śpiewy i dzikie wygłupy. Śmiechu podczas onkomarszu jest statystycznie o pięć milionów razy więcej niż w mojej zwykłej codzienności, choć jak wiadomo nie żałuję sobie i zawsze znajdę temat do obśmiania (a przy braku takowych, zadowalając się nabijaniem się z samej siebie ![]()
W Kudowie przytulił nas czterogwiazdowy @Hotel Kudowa Manufaktura Relaksu. Bardzo zacny był to finisz, absolutnie wSPAniały i nad wyraz luksusowy! Podjadłyśmy w restauracji CECH, oraz w Retro. Polecam obie, a żeberka w Retro urywają głowę! Porcje w obu knajpach ogromne,. Ceny całkiem spoko, z jedzenie przepyszne i obsługa przemiła…
Czy ja wciąż pisze o jedzeniu? Hm… Fucktycznie można odnieść takie wrażenie ![]()
Ale mówiąc szczerze rzadko jadam poza domem, a moje wspomnienia kulinarne górskich szlaków to był nieśmiertelny bigos (choć zdarzało mu się konfrontować konsumentów z ich własną śmiertelnością), tudzież grochówka. Poza tym najczęściej po prostu prosiłam o wrzątek i bełtałam własne chińskie zupki w menażce, oszczędzając każdą złotówkę. To jak ewoluowało menu w schroniskach, naprawdę mnie zdumiało i zachwyciło. Można bardzo zacnie podjeść a niektóre – jak np. Jagodna i Muflon – trzymają taki poziom, że kulinarna uczta może być celem samym w sobie!
Czy jednak wyruszyłyśmy w ten marsz wyłącznie po to aby napełnić brzuchy? (być może ![]()
)
Po co wszystko było?
Jesteśmy na różnym etapie zdrowienia, niektóre kilka lat po diagnozie.
Wyglądamy na zdrowe – choć każda z nas niesie blizny zarówno na ciele jak i w psychice, różne skutki uboczne choroby i leczenia – niewidoczne gołym okiem.

Mamy większą świadomość swojego ciała, jego potrzeb, jego niedoskonałości a jednocześnie ogromną wdzięczność, ze pomimo tych niedoskonałości wciąż jest naszym domem, i pozwala nam przejść te 130 kilometrów.
W tym roku było inaczej niż rok temu.
Nie było z nami Calineczki Marysi, która zmarła kilka miesięcy po ostatnim onkomarszu.
Nie było Ani, która miała poważny wypadek kilka tygodni przed onkomarszem i wciąż się składa do kupy. Nie było Pati, która podjęła nową pracę i nie mogła dołączyć.
Każda z nas ma swoje intensywne życie, i nie odwiesza go na kołek na czas marszu. Gosia nieustająco prowadziła zdalnie swoją firmę, a Ewa zarządzała zbiorem plonów na swoim gospodarstwie. Ania codziennie konferowała ze swoimi dziećmi. Monia ratowała telefoniczne rodzinne fuck upy i codziennie relacjonowała na FB o tym jak nam (się) idzie.
A każdego wieczora siadałyśmy na swoich łóżkach i przeglądałyśmy zdjęcia z minionego dnia zaśmiewając się z tych najbardziej nieudanych i komicznych. Ten rytuał zrównywał nas z współczesnymi nastolatkami, o których często bezrefleksyjnie mawiamy, że „siedzą z nosem w telefonach i nie potrafią się bawić” – a przecież to były jedne z najmilszych i najbardziej beztroskich godzin tej podróży.
Nie było prelekcji po drodze i nie rozdawałyśmy ulotek – ludzi na szlakach było o wiele mniej niż w Beskidach rok temu.
Ten marsz był o Życiu, o tym że „masz siłę, nie wiesz jak wielką”, o tym że nie trzeba czekać na raka, aby sobie odpuścić codzienną napinę, znaleźć czas dla przyjaciół i wyruszyć z nimi ku przygodzie, wspólnie zjeść, pośpiewać i powygłupiać się, i pośmiać do łez.
Żadne odkrywanie Ameryki, a jednak niektóre z nas musiały dostać onko-diagnozę aby sobie to uświadomić.
Nasz marsz to siostrzeństwo i bycie blisko, w sposób jaki rzadko się przydarza dorosłym ludziom.
Dla mnie po raz kolejny był to także skok w przeszłość, sentymentalny spacer po szlakach, które przemierzałam jako nastolatka, a nastrój i klimat przenosiły mnie w czasie do tamtych zwariowanych czasów ale i były dowodem, że można się nadal świetnie i beztrosko bawić po 50-tce. Bez alko, bez żadnych wspomagaczy. Tylko dopamina (w mózgu), oksytocyna (na serduchu) i endorfinki (w nogach)…

Tegoroczny marsz był dla mnie właśnie o tym. Ze młodość to stan ducha, a tego ducha łatwiej przyłapać w górach, w schroniskach, wśród zieleni, wśród przyjaciół.
Radość, śmiech, ruch, aktywność, poczucie wspólnoty – to najlepsza profilaktyka raka i wszelkich innych chorób niż jakiekolwiek suplementy.
To suplementy, których nie dostaniesz w żadnej aptece, na żadną receptę – a działają najskuteczniej i długofalowo.
**
Dziękuję za wsparcie wszystkim Darczyńcom i Gospodarzom, którzy zdecydowali się nad ugościć.
W szczególności dziękuję mojej Rodzinie: Magdalena Makowiecka, Natalia Chrastek, Rafał Mamam Makowiecki i oczywiście Najlepszemu Mężowi na Świecie Selim Mucharskii! – gdyby nie Wasza pomoc, nie byłoby tak fajnie!
Dziękuje naszym onkomarszowym koordynatorkom: Gosi i Moni, i wszystkim moim towarzyszkom podróży: Ani, Biolisi, Ewie, Danusi, Ewie, Justynie i Monice ![]()
A już za dwa tygodnie – kolejny Onkomarsz 2026!