#ZMIANA
Na blog wleciały cztery wpisy oznaczone hasztagiem #ZMIANA.
W ten sposób rozpoczęłam cykl postów, które poświęcimy tematowi: #ZMIANA
#Zmianapodiagnozie
#Zmianywżyciu
Chcę Was zaprosić do wymiany doświadczeń, wiedzy, refleksji, protipów.
Podzielę się swoimi – na zachętę, ale nie uważam się za jakąś guru czy influenserkę od lifestylu.
Musiałybyście zobaczyć jak się gimnastykuje aby ogarnąć jednoczesne wstawianie posta i zdjęć 😉
Nie, nie aspiruję.
Ale na Grupie co rusz pojawiają się pytania o to co zmieniłyście w swoim życiu, co z dietą etc
Wprowadzanie różnorodnych zmian w swoich życiu zajęło mi ostatnie pięć lat, i już się pogodziłam z faktem, że proces ten będzie trwał w nieskończoność.
Kiedyś miałam złudzenia, że to będzie takie hop-siup.
Poczytam. Posłucham. Wymyślę PLAN a potem wprowadzę go w życie.
Rach-ciach i po trzech miesiącach, będę Całkiem Nowym Człowiekiem 😉
Będę miała nowe rutyny, nowe (i of course: wyłącznie ZDROWE) nawyki i w ogóle całkiem nowe życie.
Oczywiście wywaliło się na ryj szybciej niż zdążyłam pomyśleć „No to zaczynamy” 😉
Znacie to! 😉
Brak mobilizacji, brak konsekwencji, nowe wiedza = nowe wątpliwości.
Zawalanie tych postanowień, odchodzenie od rutyny przy każdej lepszej nadarzającej się okazja to spotkanie z przyjaciółkami, a to wyjazd na weekend, gorsze samopoczucie, przesilenie wiosenne lub jesienne etc etc.
Każdy powód był dobry, żeby jednak zeżreć ciastko, żeby zapomnieć o suplach, żeby pominąć swoją dawkę ćwiczeń.
Gdzieś wyczytałam jakiś news, który potrafił zachwiać całą dotychczasową wiedzą.
Brałam jakieś suple 6 tygodni, po czym okazywało się, że ABSOLUTNIE nie wolno ich łączyć z tymi innymi, i że jednak powinny być na czczo, a w ogóle to generalnie wszystkie powinno się brać osobno i na czczo.
Krew w piach.
Chodzę od jednego specjalisty do drugiego, kupuję kolejną książkę, słucham pierdyliardowego webinaru.
I tak w kółko już szósty rok.
Mam momenty zniechęcenia, kiedy odpuszczam, zamawiam wielką bezę pavlowa i zżeram całą na pohybel moim wynikom glukozy.
Ale potem wracam – bo na szali leży moje życie, a ono jest dla mnie jednak cenniejsze niż słodki smak bezy.
**
Wiem, że ta postawa wcale nie jest najbardziej powszechna.
Wciąż na wielu grupach, w wielu komentarzach czytam:
„Trzeba żyć normalnie, nie dać się zwariować.”
Albo:
„Ja nic nie zmieniam, ten rak to przypadek/geny/pech, nie ma znaczenia co będę robić”.
I jeszcze do tego:
„Ile można się katować tymi dietami? Nie ma co histeryzować, trzeba przez to przejść i zacisnąć zęby.”
No więc „dajesz radę”, zaciskasz zęby i dźwigasz „dla dzieci” lub dla partnera.
Ale Twoja choroba może być właśnie wynikiem tego „zaciskania zębów i dawania rady”. I najwyraźniej Twoje ciało się zbuntowało i zawołało o pomoc.
I możesz to wołanie zignorować, udawać, że rak to „taka mocniejsza grypa i trzeba to przechodzić” (tak, słyszałam i takie koncepcje 😉 .
Dużo o tym myślałam i uważam, że Einstein nie mylił się twierdząc:
„Nie możemy rozwiązać naszych problemów, używając tego samego sposobu myślenia, który zastosowaliśmy, gdy je stworzyliśmy”.
Będę wracała do tego cytatu jeszcze nie raz, bo moim zdaniem jest on kluczowy dla procesu naszego zdrowienia.
No więc trzeba coś zmienić w swoim funkcjonowaniu oraz funkcjonowaniu swojej rodziny/najbliższego środowiska.
I chciałabym kolejne posty poświęcić różnym obszarom do zmiany – jak to było/jest u mnie – ale przede wszystkim zaprosić Was do podzielenia się swoimi doświadczeniami.
**
A na początek może wrzucicie w komentarze Wasze najbardziej zwariowane pomysły na uleczenie się z raka? Wiecie, większość z nas przeżywa takie swoje objawienie /nawiedzenie zaraz po diagnozie, wiarę, że coś konkretnego Wasz uleczy? Chodzi mi o takie historie, z dystansem, takie z których teraz same trochę się śmiejecie.
Albo jakieś wtopy zakupowe.
Ja na przykład wyczytałam, że FIOLETOWE ZIEMNIAKI zawierają jakąś niepojętą porcję substancji przeciwrakowych.
Nie było łatwo kupić te ziemniaki w warzywniaku (teraz chyba jest to łatwiejsze) więc zamawiałam je w internecie.
Były absurdalnie drogie, i przychodziły do mnie… paczkomatem 😉
Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się zamówić WARZYWA przez paczkomat. Teraz już chyba nic mnie dziwi 😉
Robiłam z nich zupę krem i miała przepiękny fioletowy kolor! czy miała te uzdrawiające właściwości, nie wiem, po trzech razach dałam sobie spokój.
Gdy podzieliłam się tą historią, Edyta – jedna z Grupowiczek – opowiedział własną:
„Słowo klucz mojej opowieści to sulforafan i apoptoza . Rzecz dzieje się tak dawno, że nikt jeszcze nie korzysta z gadu gadu, internet to kilka minut na komputerze wykupione z telekomunikacji, wszyscy w portfelach mamy karty na impulsy do telefonu a budka telefoniczna jest na każdym rogu. Informacje zdobywa się w czytelniach bibliotek i tam też można zerknąć na jakieś artykuły naukowe z dziedziny medycyny . I w takiej rzeczywistości choruje po raz pierwszy moja mama .
Brokuł i amerykańskie badania, o ile dobrze pamiętam z lat 50 albo 60 . Ja z słowniczkiem angielskiego małym żółtym z literką L siedzę i tłumaczę sobie jakieś badania. Większość słów nie przetłumaczona bo to słowniczek a nie słownik . I to ten kaliber słownika, który ułatwia przetłumaczyć, że chcesz siku i gdzie toaleta albo jak kupić znaczek pocztowy żeby wysłać pocztówkę w podróży. Ale nabywam wiedzę częściowo dopowiadając sobie co to ta apoptoza i co w tym brokule za magiczność jest ogromna. Taki zarys .
Teraz czas na działanie . Na początek wszystkie warzywniaki moje!
Skupuję ten brokuł zamawiam u pań żeby mi kupowały na giełdzie a w domu absolutnie wszystko z brokuła . Zupa , puree, kluski z brokułem koktajle . Moja mama w pierwszej fazie bierze to na luzie, zjada wszystko co robię, reszta rodziny też bo zapobiegamy! Całą rodziną dalszą, wszystkie pociotki poinformowane uświadomione zaangażowane w brokułowe szaleństwo.
Ale czytam dalej po 2-3 miesiącach taki fikołek w tych moich odkryciach, że tak brokuł nas uleczy ale obróbka termiczna to większość właściwości ulatnia się w niebyt . I tutaj przychodzi pomysł level hard brokuł ale nie warzywo tylko kiełki !!!!! Tak !!! Kiełki 1000%!
Więcej sulforafanu i biodostępność większą i wówczas wszystkie parapety, stoliki, szafki stają się miejscem hodowli kiełków brokuła . Rodzina prosi: wróćmy do czasów klusek z brokuła i duszonego brokuła na drugie danie, zaraz po zupie brokułowej .
Ale nie! kiełki są wszędzie i wszyscy jemy kiełki . I cała uprawa była skalkulowana, podłączyliśmy lampy które doświetlały bo zima, zimno w domu. Zakup nasion po centralach .
Trwało to z pół roku i był to mój największy odchył bo ja mając lat 20, wierzyłam, że ta moja mama pójdzie do lekarza i on jej powie:
Panią wyleczył brokuł i determinacja córki!
Wyleczyła ją chemia a ja moją rodzinę na długie lata wyleczyłam z jedzenia brokuła .”
Uważam, że ta historia wygrywa internety, a obraz Edytki ślęczącej nad tym słowniczkiem, i hodującej kiełki brokuła, wzrusza mnie niezmiernie!
A jak tam u was?
fot; Wikipedia